Sylwester Bartczak

Wspomnienia mojej Babci – moje pierwsza lata w Jaworzynie.

Zmniejsz czcionkę Zwiększ czcionkę Rozmiar tekstu Wydrukuj tę stronę

Przyjechałam do Jaworzyny w poszukiwaniu lepszego życia. Z małej wioski pod Poznaniem przeniosłam się skuszona możliwością lepszego życia. Parę lat wcześniej osiadł tu mój starszy brat. Na początku nie było mi łatwo i cały czas zastanawiałam się czy nie wrócić do domu rodzinnego. Między poszukiwaniami pracy a utwierdzaniem się, że dziewczyna taka jak ja da sobie radę sama, poznałam mojego przyszłego męża. Mieszkał niedaleko mnie w małym bloku na ul. Wolności. To właśnie od czasu jego poznania zaczęła się moja przygoda z udowodnieniem sobie jak i wszystkim w koło, że kobieta da sobie radę wszędzie. Tartak, cukiernia, PGR? Zagryzałam zęby i uczyłam się wszystkiego, co było mi potrzebne w nowym miejscu pracy. Teraz może i trzeba mieć wykształcenie i kwalifikację na każde stanowisko. Jednak kiedyś wystarczyły chęci i uczciwa praca. W między czasie urodziłam pierwsze dziecko, potem przyszła na świat moja córka – tu w jaworzyńskim ośrodku zdrowa. Do dziś pamiętam jak położna kazała siedzieć na wiaderku i nie wstawać. W tedy nikt nie myślał, że można rodzić dzieci w innych warunkach. Z czasem, gdy rodzina się powiększała a mnie zaczynało brakować pomysłów jak zdobyć na wszystko pieniądze. Grzyby w lesie niestety nie rosły przez cały rok, a poletko pod oknem, które z trudem uprawiałam też nie dawało tyle fasoli by nakarmić wszystkich w domu. Mimo biedy nadal potrafiliśmy cieszyć się życiem. Później zajęłam się zbieraniem ziół, tak jak i połowa mieszkańców. Chaber, rumianek, zbierałam wszędzie gdzie się dało. Trzeba było wstawać bladym świtem, bo konkurencja nigdy nie śpi. Najlepiej było jak człowiek wcześniej upatrzył sobie skwerek, na którym zawsze coś rosło – ja najbardziej lubiłam polankę niedaleko Żwirowni.

Na szczęście dzieci szybko rosły, więc i ja szybko mogłam pójść do zwyczajnej pracy. Niestety wtedy jeszcze nie było takich przepisów, aby jakikolwiek zakład czekał aż kobieta odchowa dzieci. Pracy musiałam szukać od początku. Los szybko się do mnie uśmiechnął i znalazłam pracę na budowie. Na początku tylko sprzątałam. Dbałam, aby wszystko było na swoim miejscu – śruby w skrzynce ze śrubami, młotki z młotkami, a kielnie w pobliżu murarzy, a plac budowy był czysty. Początki nie były trudne, bo akurat przypadły na etap stawiania murowanych śmietników. Kiedy jednak pozyskałam zaufanie majstra dzięki rzetelnej pracy zaczęłam pracować przy betoniarce.

Po tuzinach postawionych śmietników przyszedł czas na wielkie zlecenie. Kapitalny remont kina w Jaworzynie Śląskiej. Wszystko do wymiany, nowe kafle, ogrzewanie.  W tedy każdy mógł zrobić na budowie to, czego wymagał od niego majster. Podczas tego remontu bardzo często zdarzało znajdować się cenne przedmioty w ścianach. Najczęściej zamurowane były sztućce. Mój kolega Tadek jednak miał nosa do znajdowania nie sztućców czy zegarów, a starego wina. Wino miało postać galarety, którą trzeba było ciąć w kosteczki. Niewielka ilość tych kosteczek wystarczyła, aby rosły chłop nie potrafił iść prosto, a skutki czuł nawet następnego dnia. Po skończeniu remontu kina, przyjechała komisja, aż z Warszawy. Zabrali wszystko, co zostało znalezione podczas remontu, wszystkie zegarki, biżuterię i tajemniczą walizkę, która została odnaleziona na strychu. Moja praca jednak przy kinie raczej ograniczała się do pomocy murarzy. Robiłam i podawałam zaprawę, murarze zawsze cenili solidnych pomocników, dlatego też zawszę dobrze mi się z nimi pracowało. Po zakończeniu pracy i wielkiej wizytacji komisji z Warszawy, zostałam przydzielona do sprzątania budynku, byłam niestety jedyną kobietą na placu budowy i to na moich barkach spoczęła odpowiedzialność za wysprzątanie całego budynku. Wszystko musiało być na glanc inaczej majster nie wziąłby mnie na następną budowę. Każde okno, żeberko w grzejniku, każda kafelka, wszystko musiało być czyściuteńkie. Kiedy uporałam się z domywaniem wszystkiego, kazano pomóc przy wywozie gruzu z placu budowy? Gruz był wywożony na pobliską Żwirownie. Za pozbycie się gruzu odpowiadałam ja i jeszcze jeden facet. Nie pamiętam jego imienia. Podczas ostatniego załadunku poprosił mnie abym to ja pojechała na naczepie. Zgodziłam się i gdy już mieliśmy wyjeżdżać, usłyszałam jak mężczyzna składa sobie przysięgę. „Już nigdy nie wezmę tej łopaty do ręki”.  Po powrocie okazało się, że ten mężczyzna nie żyje. Lekaż orzekł zawał, a ciało tego człowieka zostało wyniesione na nowiuteńkich drzwiach od Kina.

Mimo takiego dramatycznego zakończenia mojej pracy przy remoncie kina, nie porzuciłam budowlanki i nadal pracowałam z tym samym majstrem w różnych okolicznych miastach. Po kinie w Jaworzynie przyszedł czas na podstację w Kuźnikach, Jaworniku, Szczawinku, później jeszcze był szpital na Wiśniowej we Wrocławiu.

Magal

Wspomnienia nadesłane na konkurs „Moje wspomnienie związane z Gminą Jaworzyna Śląska”. 2014 rok.

Jedna odpowiedź na Wspomnienia mojej Babci – moje pierwsza lata w Jaworzynie.

  1. Elżbieta Kunysz-Drożdżowska 2 Gru ’14 w 14:28

    Przeczytałam z zainteresowaniem bo są to wspomnienia podobne do większości mieszkańców naszego miasteczka, którzy zaraz po wojnie przyjechali zaczynać nowe, lepsze życie. Nasi dziadkowie i rodzice – jedni przybyli tu nie z własnej woli, ale przymusowo wagonami repatriacyjnymi, drudzy za lepszymi warunkami bytowymi, za pracą, która okazała się jak wynika z wyżej opisanych wspomnień bardzo ciężka.
    Dzięki odbudowaniu Kina – między innymi przez Panią – moje późniejsze pokolenie lat 60-tych, mogło z niego korzystać. Chodziliśmy w zasadzie co tydzień aby obejrzeć nowy film i spotkać się z przyjaciółmi.
    Podziękowania dla autorki wspomnień 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *